(czytać koniecznie przy muzyce )
...są słowa po których nie można oddychać z zachwytu i są też takie, przez które nie można oddychać, bo dusi się łzami. Te drugie spotkały teraz Ewelinę. Zemdlała w drodze z gabinetu do domu, uderzając się przy tym w głowę, łamiąc jakąś tam kość. Była zbyt osłabiona, żeby słuchać co mówi do niej lekarz, kiwała tylko głową, a jak zadawał pytanie, po prostu zamykała oczy i czekała aż odejdzie. Piotrek jej nie odwiedził. Tak jak obiecał- już go nie będzie. Nigdy dla niej...
Minął miesiąc od tej sytuacji. Dlaczego tak nagle zabolało ją to mocniej? Dlaczego aż do tego stopnia, że musiała zmieniać miejsca pobytu częściej niż kolory paznokci? A więc wydarzyło się coś, co zabolało ją jeszcze bardziej. Nic nie boli tak bardzo, jak fakt że Twój chłopak zdradzał Cię tak bezczelnie z Twoją najukochańszą i najlepszą przyjaciółką, która wiedziała jak wiele dla Ciebie znaczył. A jak się dowiedziała? Całkiem przypadkiem, gdy się wygadała. To zabolało ją najbardziej. Do tego stopnia że wzięła urlop na uczelni pod pretekstem, że zmarła jej babcia i zmieniała pociągi co minuta. Nie patrzyła nawet gdzie wsiada. Nie wiedziała nawet, po co to robi. Potrzebowała uspokojenia, ukojenia, jakieś wewnętrznej podbudowy, bo oni zniszczyli jej fundament szczęścia, a.. wszyscy jej budowlańcy wzięli urlop. Jak zwykle ma pecha. Wszędzie te pechowe trzynastki..
~*~
część druga.
Próbowała wszystkich ucieczek. Zmiany miejsc, trucie się alkoholem, tabletkami, spróbowała też anoreksji i bulimii, przedawkowała narkotyki, próbowała utopić się w wannie, podciąć sobie żyły, obcięła włosy, zaczęła się malować na czarno. Ciągle zaniedbana, niekochana, niechciana. Dopiero teraz, jako dwudziestoparolatka odczuła, że nie ma tu dla niej miejsca. Parę razy lądowała w szpitalu, ośrodkach, u znajomych, nikt nie umiał jej pomóc. Jak wyglądał jej dzień? (Nie)normalnie. Wstawała, do kawy popijała dwa kieliszki wódki, nie jadła, a jeśli już to biegła do ubikacji, żeby wyrzucić z siebie to, co dopiero zjadła. Miała chyba nadzieję, że wszystkie złe wspomnienia odejdą razem z tym, ale za każdym razem wychodziła smutna i przygnębiona niepowodzeniem. Później piła z tak zwanego „gwinta“ ćwiartkę wódki, żeby zabić to, co przed chwilą ją martwiło. Szła na miasto, płakała gdy widziała szczęśliwe pary, wyklinała w myślach gorzej niż zapracowane panie na poczcie na biednych klientów. Gdyby ktoś mógł wejść do jej myśli poczułby, że jest w samym środku piekła. Tak mijały godziny, dnie, tygodnie, miesiące. Dużo wtedy podróżowała. Długo by wymieniać gdzie była i co widziała. Była nad morzem, w górach, w Warszawie, Łodzi, Krakowie, Bydgoszczy. Każde zwiedziła, ale nie pod takim względem jak na wycieczkach szkolnych, gdzie głównym celem jest zanudzenie wycieczkowiczów muzeami, wystawami i innymi ośrodkami nauki. Ona też się uczyła, uczyła się życia na nowo. Szukała jakieś odnowy, czegoś (lub kogoś?) kto ją zrozumie i pomoże jej zapomnieć. Na dworcach spotykała niesamowitych ludzi, dzięki którym obudziła swoją empatię do ludzi. Przez tydzień odbywała nawet praktyki jako psycholog w domu starców. Wszyscy bardzo ją lubili, umiała im pomóc. Wszystkie starsze panie i panowie traktowali ją jak własną córkę. Czego się nauczyła? A więc Panowie i Panie, nauczyła się nie uzależniać swojego szczęścia od innych osób, odpowiedzialności, empatii, samowystarczalności. Nauczyła się ludzi, studiując ich przez dwa miesiące. Nauczyła się siebie na pamięć. Wiedziała, która komórka ciała jej szkodzi i niszczy od środka, więc zawiera z nią traktaty pokojowe. Była spokojna i opanowana. Taka... nie do poznania. Całkiem nowa (jak z salonu!). Zapisywała wszystko to, co czuła...
{Ewelino, zdradziłem Cię w myślach, przepraszam? }

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz