A trzeba mnie złożyć od nowa,
część po części jak klocki.
Nigdy nie sądziłam że dojdę do tego punktu. Mogłabym go nazwać punktem krytycznym, kulminacyjnym, bądź bezsilności. W sumie wystarczyło by napisać Twoje imię, które jest już trochę jak mój osobisty cierń. Chciałabym, żeby ktoś mnie potłukł do końca, upuścił jak ulubioną szklankę, spalił jak wspólne zdjęcia, oślepił widokiem prawdziwej miłości. Bo ja wiem, że nigdy już nie uda mi się jej spotkać, więc uśmiecham się do niej na ulicy, żeby nie opluć jej przypadkiem w twarz. Przecież do miłości trzeba mieć szacunek. Wszystkie czarne scenariusze się spełniły i nie o czarno-białe zdjęcia mi tu chodzi. Chodzi mi o coś bardziej realnego, życiowego i przyziemnego, niestety. Jestem genialnym reżyserem moi Drodzy, cudownym. Nie, żadnej ironii tu nie kryję. Wiem, że zły humor jest zakaźny- przepraszam!- ale chyba wraz z drobnoustrojami złapałam małe smuteczki. A może to ta jesień? Romantyzm na polskim, ciepłe herbatki, łzy na kartkach, zakorektowane serduszka od Ciebie i miś z największym kłamstwem- również spada za każdym razem, gdy otworzę drzwi do mojego zimnego pokoju, choć ściany ma raczej wesołe- to wszystko przypomina mi o Tobie. Gratuluję, zniszczyłeś mnie. Z retrospekcji wynika, że rok temu uśmiechaliśmy się do siebie skrycie. Teraz Ty z nią, ja z przyjaciółkami i ta wojna, żeby na siebie nie spojrzeć, żeby koło siebie nie przejść, żeby nie bolało. Nawet towarzystwo się podzieliło.