"Bo człowiek żyje dla momentów, gdy jego serce się unosi."
...i Ty mi to dawałeś, świadomie czy też nie, ale dawałeś. Moje zamrożone serce na czas bliżej nieokreślony biło jakoś inaczej i bliżej żeber było, miałam nawet wrażenie, że czasem w lustrze widziałam jego uśmiech. Nie, to nie było zakochanie, motylki dopiero zaczynały się budzić, a serce nie doznało żadnych arytmii- nie zdążyło. Nie wiem, co w tym było wyjątkowego, patrząc z pryzmatu wylanych łez i wyrządzonych krzywd, ale nadal czuję magię tamtego czasu, jakby ta bajka się nie skończyła i czeka na ponowne uruchomienie, a my? H i b e r n u j e m y. Tak, to idealne słowo. Niby unosimy się trzydzieści centymetrów nad chodnikiem, ale realizm ściąga nas na ziemię- nie umiemy już marzyć, nie umiemy już udawać, nie umiemy czuć. Czasem mam wrażenie, że ciągle Cię mylę z kimś innym, bo mam przecież kilku innych kolegów z takim imieniem jak Twoje, mam wrażenie, że Ty wciąż jesteś taki, jaki byłeś i nic się nie zmieniło, ale znów realizm bije mnie po policzkach i wiem, że z nikim Cię nie pomyliłam. To smutne. Bo dawałeś mi trochę szczęścia i żyłam tym, że to musi się skończyć happy endem, że to niemożliwe, że to się skończy. Wtedy nic nie umiało mnie ściągnąć na ziemię, nawet tego nie chciałeś, w niebie było nam dobrze, w naszym niebie. Trudno, przecież nie będę płakać (cholera.) A najbardziej boli to Twoje "...zaraz wracam", bo przecież wiem, że nie wrócisz, "dostępny" ciekawe.. (...jak to jest spędzić z Tobą całe dnie) i "niedostępny" ...chociaż już nie kłamiesz. To nic takiego, na pół zmyślona historia, uczucia i ból ten sam, nie rezygnujmy, przecież tyle nieba przed nami..

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz